Kopenhaga 10.10.2014

Na „koniec sezonu”  wybraliśmy się na weekend do Kopenhagi. Bezpośrednie loty były jeszcze drogie, więc wylądowaliśmy w Malmo i kupiliśmy bilet „Around the Sound”, który umożliwiał nam okrążenie cieśniny Sund:
Oresund

Posiadając ten bilet, w ciągu dwóch dni można zobaczyć Kopenhagę, zamek Helsingør, w którym umiejscowiona została akcja „Hamleta” , Helsingborg i Malmo. Żeby jednak się nie spieszyć, wybraliśmy Kopenhagę i Helsingør.

Już na samym początku, na dworcu w Malmo, drakońskie przepisy uniemożliwiają nam zrealizowanie wszystkich planów:

Do Kopenhagi z Malmo jedzie się mostem o długości niemal 8 km, a do tego dochodzi jeszcze sztuczna wyspa o długości 4 km i 3,5 kilometrowy tunel.

Już w Kopenhadze pierwsze kroki kierujemy do ratusza, gdzie z braku innych turystów mieliśmy prywatnego przewodnika 🙂






Ratusz ładny chociaż trzeba przyznać, że nie byliśmy najlepiej przygotowani z historii Danii i przewodnik mało się od nas dowiedział 🙂

Następnie oddaliśmy się temu co lubimy najbardziej – spacerowaniu po mieście 🙂




Trafiliśmy akurat na kopenhaską noc muzeów z wieloma atrakcjami zarówno w muzeach jak i na zewnątrz.

Duńczycy nas mocno zaskoczyli, ale w końcu to potomkowie Wikingów, więc czemu się dziwimy? Ot w ramach atrakcji można było z dzieckiem przyjrzeć się sprawianiu dziczyzny:



Żeby nie było, uważam, że warto dowiedzieć się skąd pochodzi było nie było, bardzo dobre mięso jednak taka „wystawa” w środku miasta była zaskakująca.

Dzieci też mogły usmażyć naleśniki lub np. poławiać kraby (i trzeba przyznać, że rodzice wybierali raczej właśnie te atrakcje 🙂 ):


Rano rozpoczęliśmy spacer w okolicy słynnej dzielnicy Christianii. Miejsce zajęte swojego czasu przez anarchistów, hippisów i tym podobnych ludzi mających na celu stworzenie „utopijnego społeczeństwa”. Jak zwykle w takich sytuacjach sprawy zmieniają lekko bieg i aktualnie spora część odwiedzających dzielnicę liczy na spotkanie tam dealerów narkotyków. Handel narkotykami w pewnym momencie stał się wręcz ostentacyjny:

w 2002 władze wystosowały wobec mieszkańców społeczny apel o „zapewnienie wszelkich działań, czyniących handel narkotykami mniej widocznym”, dealerzy rozpoczęli sprzedaż towaru w wojskowych mundurach kamuflujących

Blisko granicy dzielnicy zdecydowaliśmy się na wejście na ciekawą wieżę kościoła, na której szczyt prowadziły schody umiejscowione na zewnątrz wieży. Ci, który zmagają się w lękiem wysokości nie mieli zadowolonych min 😉



Turyści lepiej znoszący wysokości dzwigają bagaże tych, którzy czują się mniej pewnie 😉


Zwiedzamy również Kopenhagę od strony wody – tramwaje wodne to świetna sprawa 😉




Znów na pieszo, udaje nam się zobaczyć kopenhaską syrenkę

i dalej spacerujemy po mieście:




Zupełnym przypadkiem trafiamy na bitwę na poduszki – na taką skalę widzimy to po raz pierwszy w życiu 🙂

Po południu wsiadamy w pociąg i wyruszamy do Helsingør.
Już w mieście kawałek od dworca kiedyś działała stocznia. Teraz budynki i doki przerobiono na muzeum. Nie zdążyliśmy wejść do środka, ale nawet z zewnątrz muzeum robiło niezłe wrażenie.

I tak już wieczorem docieramy do słynnego „zamku Hamleta”, który aktualnie prezentuje się jako okazała twierdza z rozbudowanym systemem murów.



Po okrążeniu zamku przepłynęliśmy promem do Szwecji, przejechaliśmy pociągiem do Malmo, a rano dotarliśmy na lotnisko.

Bonus: „Te wstrętne insekty na przedniej szybie”. Tak, tak, to nie personel sprzątający…

…tylko pilot we własnej osobie! 🙂

 

Opublikowano Dania, Europa | Dodaj komentarz

Lwów – w drodze do domu – 26-27.09

Po nocnym samolocie do Stambułu i południowym ze Stambułu wylądowaliśmy wreszcie we Lwowie. Znów Europa:) Można zdjąć z głowy chustę i napić się piwa.

I wreszcie to do czego przywykliśmy – sprytni taksówkarze spod lotniska chcieli za podwózkę do centrum (raptem kilka kilometrów) tyle, ile zapłaciliśmy dwa tygodnie temu z samego przejścia granicznego do Lwowa (jakieś 90 km). W takim przypadku uznaliśmy, że jednak miejski autobus to super opcja 😉 dodatkowo był to autobus jakich mało już się widzi w Polsce 🙂


Po odszukaniu lokum i szybkich zakupach (ale w tej Europie wschodniej zimno i trzeba dokupić ciepłych ubrań 😉 ) poszliśmy obejrzeć miasto.
Zaopatrzeni w Lonely Planet – anglojęzyczny przewodnik zaczęliśmy od rynku i okolic.
Centralna część starego miasta jest pięknie odnowiona i tłumnie odwiedzana przez lokalnych turystów i mieszkańców.




Odwiedzamy wnętrza kościołów.


Już na pierwszy rzut oka widać, że miasto było polskie:

– na głównej ulicy stoi pomnik Adama Mickiewicza,

– na pchlim targu sprzedawane były polskie gazety z XIX i początku XX wieku.



– na cmentarzu Łyczakowskim stare nagrobki to przede wszystkim groby Polaków:


Odwiedzamy cmentarz Orląt Lwowskich:



Wszystko przypominało, że to było polskie miasto przez wiele wieków.

Natomiast w przewodniku opis był zupełnie inny, nie taki jakiego się spodziewaliśmy i o jakim Lwowie uczyliśmy. Lonely Planet mówił, że Ukraińcy po II wojnie wreszcie odzyskali swoje miasto od tak dawna okupowane przez Polaków.
Zastanawiające…
Jak widać tyle jest prawd historycznych ile narodów.. I z każdej perspektywy wygląda to inaczej.

Miasto żyło swoim rytmem, to co się działo na wschodzie Ukrainy można było jedynie zaobserwować poprzez wszędzie zbierane fundusze na armie oraz dużo ukraińskich flag.

Lwów będzie nam się kojarzył z klimatycznymi kawiarniami i restauracjami w bardzo przyjemnych cenach.


Ze względu na kurs Hrywny czuliśmy się jak Anglicy w Krakowie;)


Widok ze wzgórza zamkowego:

Ogólnie uważamy, że warto odwiedzić Lwów, miasto w którym historia przenika się z teraźniejszością. Miasto gdzie przy aktualnym kursie hrywny można stołować się w najlepszych restauracjach 🙂

Opublikowano Europa, Ukraina | Dodaj komentarz

Teheran – najwyższe miejsca 25.09

Ostatni dzień w Iranie spędziliśmy z całą rodziną Ahmada w Teheranie zwiedzając „najwyższe” miejsca w stolicy. A jest w czym przebierać, bo już samo położenie Teheranu u stóp masywu górskiego Elburs pozwala bezpośrednio z miasta można wjechać kolejką na 4000 mnpm!

Dziś na szczęście był otwarty wyciąg na Tochal i za jedyne 25 zł/osobę wjechaliśmy kolejką, która pamięta jeszcze rządy Szacha. Jechaliśmy i jechaliśmy… już po 40 minutach powietrze zdecydowanie się oczyściło 😉 a naszym oczom ukazał się niesamowity widok na miasto oraz na góry Elbrus.


Po pracy na narty? A jakże;) Sezon narciarski trwa od września do maja

Każdy szanujący się Irańczyk zawsze ma pod ręką zestaw piknikowy i zawsze jest gotowy do spędzenia czasu w parku/na łonie natury na kocyku. My też zrealizowaliśmy ten plan an 4000 m npm:)

Po południu wybraliśmy się do szóstej najwyższej wieży na świecie – wieży Milad 435 m.



Podstawa wieży to galeria handlowa, a ponieważ miejsca jest sporo, można było z rozmachem podejść np. do fontann i wodospadów

Z wieży doskonale widać jak dobra jest infrastrukturę drogową Teheranu – ilość i jakość dróg jest do pozazdroszczenia.



Tak mija nam ten dzień, szybko wpadamy jeszcze do supermarketu na ostatnie zakupy przed wyjazdem – przecież nie może nam zabraknąć:
a) skrystalizowanego cukru na patyku – też tak będziecie mieli po zakosztowaniu w tutejszych słodyczach 😉

b) Coca-coli – Z tym napojem to w ogóle jest skomplikowana sprawa – legenda głosi, że jej produkcją zajmuje się nie kto inny tylko jeden z najważniejszych mułłów w państwowej radzie. Na pytanie dlaczego od czasu do czasu pokrzykuje „Śmierć Ameryce”, a jednocześnie sprzedaje na wskroś amerykański napój, chytrze odpowiada – „Proszę państwa, ekstrakt do tego napoju pochodzi z Irlandii” 😉

c) Alkoholu (a mówili że się nie da 😉 )

Wieczorem Ahmad odwozi nas na lotnisko i rozpoczyna się kilkunastogodzinna podróż do Europy.

Opublikowano Iran | Dodaj komentarz

Z Sziraz do Teheranu 24.09

W ostatni dzień w Sziraz udajemy się do jednego z najważniejszych tu miejsc pielgrzymkowych – Shah Cheragh. Do znajdujących się tu grobowców zjeżdżają z całego Iranu ludzie modlić się w najróżniejszych intencjach.
To pierwszy meczet, do którego nie możemy swobodnie wejść, ale po krótkim czekaniu dostajemy prywatnego przewodnika i z nim już wchodzimy na dziedziniec oraz do wnętrza. Obowiązujący tu oficjalny strój jest łatwo dostępny i bez przeszkód możemy wtopić się w tłum 😉

Po przygodzie z przewodnikiem po meczecie w Malezji, który był dosyć napastliwy, trochę byliśmy zaniepokojeni obstawą. Jednak szybko okazało się, że tu nie będzie ekspresowej krucjaty. Przewodnika raczej interesowało nasze ogólne samopoczucie i oczywiście to co niemal każdego tutaj – Jak się Wam podoba Iran? 🙂
Nawet w pewnym momencie zwiedzając już wnętrze pytam o to czy podczas każdej modlitwy wygłaszane jest kazanie – w końcu stoimy przy sporej rozmiarów mównicy – przewodnik odpowiada bardzo krótko: „no co ty, nie na każdej, to byłoby przecież nudne” 🙂

We wnętrzu nie można było już niestety robić zdjęć, chociaż Irańczycy nie do końca respektowali ten zakaz, jednak Google może tu przyjść z pomocą i wejście poprzez niniejszy link pozwoli Wam zajrzeć do tego rozświetlonego milionami lusterek meczetu.

Trafiamy również do najstarszego meczetu Atigh Jame’, który pochodzi z IX wieku, jednak trwające tam prace renowacyjne nie pozwalają za bardzo się rozejrzeć.

Krążymy jeszcze trochę po mieście, w końcu mamy trochę czasu do nocnego pociągu.


Kiedy jednak z plecakami na plecach próbujemy zamówić taksówkę na dworzec kolejowy okazuje się, że to nie jest takie proste. Albo to za daleko, albo kierowcy nie wiedzą gdzie jechać (!). Kolej w Iranie nie jest najlepiej rozwinięta i jak się właśnie dowiadujemy mało popularna zatem faktycznie nie wszyscy wiedzą gdzie jest dworzec, a co gorsza niedawno były przebudowy i powstał nowy „terminal”. Niektórzy nie wiedzieli, że z ich miasta odjeżdża pociąg..
Z pomocą przychodzi nam jakiś przypadkowy przechodzień, który widząc nasze rosnące obawy oferuje podwózkę gdziekolwiek by to nie było… ponieważ sam nie bardzo wie, w którą stronę mamy się udać. Ostatecznie po kilku długich rozmowach telefonicznych nasz kierowca łapie orientację i po niemal pół godzinie jazdy dojeżdżamy na miejsce.

Za to w samy pociągu oczekują na nas luksusy, co za tą cenę, niemal 1000km za 60 zł, jest całkiem przyjemne. Byłoby naprawdę fajnie jakby w takich warunkach, za taką rozsądną cenę dało się podróżować po Polsce.

Ponieważ przedział jest czteroosobowy, chwilę po nas do przedziału wchodzi chłopak z wielkimi walizami. Nawet nie musiał się przyznawać, że jest studentem – na całym świecie taka duża torba oznacza tylko jedno – „wałówkę” 🙂 Do kompletu przychodzi jeszcze studentka, a pociąg rusza. Bardzo szybko okazuje się, że nie poznali się na peronie (a pierwsza, nieśmiała jeszcze wersja, tak została przez nas odebrana), a są parą i spadamy im wręcz z nieba, bo oto mogą spokojnie trzymać się za rękę w trakcie całej podróży 😉

Opublikowano Iran | Dodaj komentarz

Shiraz i Persepolis 22-23.09

Z Yazdu wyruszamy do Shirazu. W komfortowym autobusie znów mamy miejsce w pierwszym rzędzie. Powoduje to, to że ludzie od czasu do czasu zamienią z nami słówko. Spośród tak „zagadujących” wyróżnia się jedna dziewczyna, która dłuższą chwilę zaprasza nas do siebie. Po upewnieniu się, że to całe zapraszanie to nie Ta’arof (czyli mocno rozbudowana forma grzecznościowa) wymieniamy się telefonami i umawiamy na wspólne oglądanie Persepolis.

Ale najpierw jeszcze krótkie wieczorne (przejazd zajął praktycznie cały dzień) zwiedzanie Shirazu.



W jednym z meczetów ojciec powyższych dziewczyn rozmawia z nami dłuższą chwilę, przy okazji pytając czy to tak wszędzie jest, że nastolatkowie tak różnią się od rodziców? 😉 Chyba trochę martwi się o córki, bo po stroju dziewczyn widać, że robią wszystko, co w ramach prawa jest możliwe, aby jakoś się wyróżniać 😛

Następnego dnia dzwonimy do Naji i dojeżdżamy taksą (20 zł za… 50 km) do Marwdasztu. Tam na parkingu czeka już nasza „koleżanka” i ku naszemu zakłopotaniu, nie jedziemy od razu do Persepolis, a musimy najpierw – poznać rodzinę, obejrzeć dom i małą fabryczkę ojca oraz rozmówić się z koleżanką 🙂

Po przywitaniu oglądamy zatem przestronny dom:


robimy pamiątkowe zdjęcie…

… i kosztujemy specjałów domu

Specjały to lody z przydomowej fabryczki ojca, którą oczywiście też możemy (musimy! 😉 ) zwiedzić. Ponieważ produkuje się tam żywność dostajemy fartuchy, czepki i ochraniacze na buty… żartowałem, tu zasady są trochę inne 🙂


„Makaronik” (taki jak na zdjęciu specjałów – ten najbardziej po prawej) chłodzi się w beczce po oleju silnikowym, da się – da się 🙂

Ponieważ czas ucieka, zajeżdżamy jeszcze po koleżankę Naji i wkraczamy do Persepolis.

Miasto, a raczej kompleks pałacowy (rozbudowywany od 518 r. p.n.e. do wizyty Aleksandra Wielkiego w 330 p.n.e), położony jest na wzniesionej kamiennej platformie w taki sposób, aby już samo podejście wywarło na każdym odwiedzającym jak największe wrażenie. Można sobie tylko wyobrażać, jak w czasach kiedy aktualne ruiny nazywane były najbogatszym miastem świata, nieprzychylni Persji udający się na audiencje z pogróżkami, już po przejściu schodów zmieniali zdanie i dochodzili do wniosku „uuu to są żarty, lepiej być z nimi niż przeciwko”. Zwłaszcza jak szli tak jak my dziś, we wręcz przygniatającym, upale 😉






Niestety byli też tu pierwsi graficiarze:

Po wyjściu z Persepolis dojeżdżamy jeszcze do położonych w Naghsz-e Rustam wykutych w skale grobowców perskich krółów. Trzeba przyznać, że grobowce są absolutnie warte odwiedzenia i spokojnie mogą konkurować z taką atrakcją jak Persepolis.

Ścianę góry pokrywa szereg wielkich płaskorzeźb, a same wejścia wykute są kilkanaście metrów ponad ziemią.


Wejść do środka nie sposób ale i tak wrażenia są bardzo pozytywne.

Stamtąd dojeżdżamy do domu Naji, gdzie jesteśmy już umówieni na obiad 🙂



Kolejną zaplanowaną dla nas atrakcją jest … sjesta „A co będziecie wyjeżdżać jak tak jest gorąco na dworze” – po tych słowach jadalnia zamieniła się w prywatną sypialnię 😉

Po godzinie przyjeżdża jeszcze mąż koleżanki Naji i jedziemy obejrzeć jego „wiejskie” posiadłości. Tak wielu w Iranie ma więcej niż jedną pracę, a jedną z jego iwestycji jest uprawa cebuli, którą eksportuje do Pakistanu 🙂


Zupełnie wieczorem wracamy do Shirazu, gdzie jeszcze robimy mały specer:


Opublikowano Iran | Dodaj komentarz

Okolice Jazdu 21.09

Wybieramy się także poza miasto, aby obejrzeć zaratusztriańskie wieże milczenia, których inna nazwa to wieże pogrzebowe. Za Wikipedią: „Martwe ciało jest według wyznawców Zaratusztry „nieczyste” tj. skażające ziemię i ogień. Demon Awestan ma opanowywać zwłoki i skażać wszystko, czego dotkną. Aby uniknąć skażenia ziemi, zwłoki pozostawiano w specjalnych wzniesionych budowlach, na żer ptakom.”
Wieże robią duże wrażenie, wzniesione na szczytach wzniesień górują nad okolicą. Poruszamy się po cichu nie chcąc zakłócić atmosfery tego miejsca.


Wnętrze wieży:

Aktualnie zaratustrianie nie mogą używać wież do „pochówku” swoich zmarłych i muszą wykorzystywać do tego zwykłe cmentarze, wieść niesie, że aby nie dopuścić do skażenia ziemi, ciało spoczywające na solidnej betonowej platformie, zalewane jest całą masą betonu.

Zaglądamy również do zaratustriańskiej świątyni ognia, w której płonie święty i wieczny ogień (samego ognia nie wypada już fotografować) – stąd też zaratustrianie są inaczej nazywani czcicielami ognia:

Odwiedzamy malownicze aczkolwiek już niemal opuszczone miasteczko Kharanaq. Miasteczo jest w całości wykonane z gliny i niektóre uszkodzone domy wyglądają jak roztopione – nie sposób dojść czy to wynik jakiejś większej ulewy czy po prostu jakiś zawistny sąsiad wylał na dach domu kilka wiader wody 😉



Udaje nam się odnaleźć żywych mieszkańców, nieświadomych jeszcze co ich spotka…

… gdy zostaną zaproszeni na tradycyjne śniadanie.

Dojeżdżamy również do bodajże najważniejszej aktualnie świątyni zratustrian – Chak Chak. Świątynia posadowiona jest na stromym zboczu wzgórza i jest celem pielgrzymek wierzących, którzy przybywają tu aż z Indii (Indie obecnie są domem dla największej grupy zaratustrian).


Na koniec wycieczki zostaje nam miasto Maybod, w którym znajduje się zamek wykonany z gliny – a więc tą samą „techniką” co całe Kharnaq.



Kolejną atrakcją Maybod jest „gołębia wieża” – wieże takie, których w Iranie kiedyś było tysiące, służyły jako fabryki nawozu. Architektura tego miejsca jest przemyślana pod każdym kątem – powierzchnia z wgłębieniami w której gołębie mogły założyć gniazda jest zmaksymalizowana, a jednocześnie kształt ścian miał na celu rozproszenie wibracji powstałych podczas stadnego startu gołębi – policzone i zaprojektowane bez użycia komputera 😉




Zaraz obok znajduje się kolejna wieża. której zadaniem jest bycie wielką zamrażarką – tam jednak wpadam już zupełnie na chwilę. bo Kasi przygniatający upał daje się już mocno we znaki. Wieża ma konstrukcje odwróconego lejka – taka konstrukcja wymuszała specyficzną cyrkulację powietrza. która mocno ochładza wnętrze tak, że w lecie na dnie wieży (jeszcze sporo poniżej barierki którą widać na zdjęciu) można było przechowywać lód sprowadzony tam podczas zimy.

Opublikowano Iran | Dodaj komentarz

Jazd 19-20.09

Jazd jest jednym z najstarszych miast w Iranie, w którym zgubiliśmy się na 2 dni. Dlaczego zgubiliśmy? Ano dlatego, że nie mieliśmy jakichś szczególnych planów i spędziliśmy czas na długaśnych spacerach po wąskich uliczkach „starówki” robiąc masę zdjęć i zaglądając do każdego zakątka na naszej drodze, który tylko był otwarty, wliczając w to meczety i świątynie Zaratusztrian.

Meczety:



Nocne spacery:



Czasem iluminacje jest odrobinę kontrowersyjne 😉

A czasem, jak na przykład w naszym hotelu, całkiem sympatyczne

W ogóle miasto ma bardzo rozbudowaną bazę hotelową na każdą kieszeń – można wybierać od takich, w których zwykle my mieszkamy po takie „bez żadnych ograniczeń” 😉


W trakcie spacerów zdarzają się nam również takie ciekawe sceny – ot pochodzi jakaś pani z dzieckiem i trzeba pozować 🙂

W ciągu dnia z nieba leje się żar, to też wyjaśnia dlaczego stare, zachowane uliczki są takie wąskie – dzięki temu na ulicy jest cień.

Jazd jest bodajże najbardziej suchym miastem Iranu, co przy populacji około pół miliona ludzi stwarza problemy przy zaopatrywaniu w wodę. Już starożytni Persowie musieli zmierzyć się z tym problem czego wynikiem są dwa wynalazki – klimatyzacja i wodociągi. Rozwiązania te są na tyle skuteczne, że kanaty i wieże wiatrowe (łapacze wiatru) działają po dziś dzień.
Zasadę działania można poznać na Wikipedii pod linkiem – Kanat
Cysterna na wodę z łapaczami wiatru:

Podziemny wodociąg:

W jednej z nieużywanych cystern urządzono klub sportowy – siłownię tzw. zurkhameh, ponieważ możemy, zaglądamy i tam 😉 Nie jest to typowa siłownia, do wyglądu której się przyzwyczailiśmy – w centralnym okręgu stoi kilku/kilkunastu mężczyzn wywijającymi maczugami, podnoszących spore tarcze i ćwiczących za pomocą przyrządów przypominających łuki. Na początku tej tradycji, a sięgającej jeszcze czasów starożytnych, znaczenie ćwiczeń było czysto militarne, jednak teraz to ćwiczenia dla ciała i ducha równocześnie – bo gdzie indziej widzieliście aby do wymagających fizycznie ewolucji recytowana była poezja? Albo rozważane były normy obyczajowe lub religijne? Czasem do recytacji przyłącza się również widownia, więc jakby to przełożyć na nasze warunki to tak jakbyśmy robili pompki w takt inwokacji z Pana Tadeusza 🙂


O ile ćwiczenia mogą wykonywać sami mężczyźni tak na widowni nie ma już ograniczeń – jeden ze „strongmenów” przyprowadził mamę i siostrę – pewnie, aby uspokoić i pokazać, że nie dzieje mu się żadna krzywda 😉 Chociaż maczugi nie wyglądają na najbezpieczniejsze przyrządy do ćwieczeń.

A kto tak się obija na pierwszym planie? 😉

Jeśli ktoś chciałby przeczytać więcej i spróbować treningu odsyłam do pełniejszego opisu –
link

Tak więc sami widzicie, że Jazd jest OK!

Bonusik – trudna zagadka – czym są te żółte walce?

Opublikowano Iran | Dodaj komentarz